CZEGO NAUCZYŁA MNIE HOLANDIA?

Dodano 7.2.2018

Długo zastanawiałam się, czy pisać o prawie dwuletnim pobycie w Holandii. Jest to osobista sprawa, której nie powinnam rozdmuchiwać. Czy na pewno? Ten wyjazd, a w sumie dwa, wiele mnie nauczyły. Skoro coś z nich wyniosłam, chcę to przekazać dalej.


Od razu zaznaczam, że jest to moje subiektywne odczucie. Dla dwóch różnych osób te same doświadczenia mogą oznaczać całkowicie co innego.


Jeśli tym wpisem nakłonię Cię do jakiejkolwiek refleksji, to będzie to mój osobisty sukces.

Od początku…


Po obronie magisterki z psychologii dopadł mnie kryzys egzystencjalny. Dosłownie i w przenośni. Ani razu, przez 5 lat trwania studiów nie pomyślałam o tym, że był to zły wybór. Psychologia interesowała mnie zawsze i interesuje po dziś dzień. Jednak w mojej głowie krążyło pytanie: co dalej? Wiedziałam, że sam papierek nie sprawi, że znajdę wymarzoną pracę. Wiedziałam również, że aby ją znaleźć, muszę się doszkolić. Wyspecjalizować w konkretnym obszarze. Moje zainteresowania krążyły wokół zaburzeń odżywiania i otyłości. Szkoła psychoterapii? Przynajmniej w tym przypadku byłam pewna, że to nie dla mnie. Zawód psychoterapeuty jakoś mi nie „leżał”. Nie chciałam robić nic na siłę, dlatego postanowiłam zrobić sobie przerwę w nauce. Zastanowić się na spokojnie jak połączyć zawód psychologa z pracą do końca życia. I tak wpadłam na pomysł, że wyjadę do Holandii. Pomyślę, odpocznę, a przy okazji odłożę trochę pieniędzy.

 

I odpoczęłam, ale tylko za pierwszym razem. Wyjechałam do małej, spokojnej miejscowości pod Amsterdamem. Pracowałam przy sadzeniu orchidei. Trafiłam do dużego i czystego mieszkania. Dzieliłam je z cudownymi ludźmi. Okolica, choć w centrum, była cicha i bezpieczna. Do pracy dojeżdżałam niecałe 5 km na rowerze. W każdą pogodę. I nie ma, że bolało. Praca pomimo tego, że monotonna to w dobrych, ciepłych warunkach. W lewej ręce ziemia, w prawej kwiatek. I tak przez 8h. Od 7 rano do 16. Za przerwy nie płacili. Kantyna czyt.: stołówka była super wyposażona. Kubki, sztućce do użytku własnego. Herbata. Kawa. Mleko. Coś słodkiego przynajmniej raz w tygodniu. I super ludzie. Po 10 miesiącach wróciłam do Polski, żeby po 3 miesiącach wyjechać ponownie. Za drugim razem nie było już tak wesoło. Przynajmniej na początku.


Pewnie nie raz słyszałeś o pracy za granicą w kiepskich warunkach. Ja również, ale nie sądziłam, że przekonam się o tym na własnej skórze.

KIEPSKIE WARUNKI


Koło godziny 6 rano dojechałyśmy na miejsce (Justyna całuję i pozdrawiam :D). Gdy wypakowałam walizki, przed moimi oczami ukazał się piękny, holenderski budynek. Moje zadowolenie zniknęło w mgnieniu oka, gdy przekroczyłam próg mieszkania. Pierwsze wrażenie: co za syf! Ja mam tu żyć przez kolejne miesiące? Gdy otworzyłam drzwi od swojego pokoju, było tylko gorzej. Pajęczyny na ścianach i śmierdząca wykładzina. To pamiętam najbardziej. W kuchni totalne zaniedbanie. Piekarnik niemyty 5 lat. Klejące blaty. Najlepsze było to, że nie mogłam znaleźć prysznica. W żadnym pomieszczeniu nie było nic, co go przypominało. Dopiero po kilku minutach okazało się, że schowek na mopa to wielka kabina prysznicowa, nazywany później przez nas bunkrem. Moją pierwszą reakcją był telefon do brata. Na szczęście również pracował w Holandii, w tym samym mieście. Pamiętam moje pierwsze słowa: wracam do Polski. Teraz wiem, że gdyby nie on i Justyna, jeszcze w tym samym dniu zamówiłabym transport do domu. Tak. Byłam przerażona. Kolejne dni nie przyniosły poprawy.


DROGA DO PRACY


Jakoś przypadkiem, bo przecież jeszcze nie w Polsce, dowiedziałam się, że do pracy mam 10 km. Rowerem. Bałam się tej odległości. Przypomniała mi się droga w poprzedniej pracy. W dobrych warunkach 5 km to pikuś, ale gdy wiało czy padało albo wiało i padało, to trzeba było się trochę wysilić. Pomyślałam, że 10 km to już lekka przesada. Jednak chciałam ją najpierw przejechać, żeby wysnuć jakiekolwiek wnioski. Mapkę dojazdu dostałam na maila. Jak się później okazało – nieaktualną. Pobudka o 5 rano. Wyjazd o 6. Droga prowadziła wzdłuż rzeki. Brak jakiegokolwiek oświetlenia. Po prawej woda, po lewej krzaki. W połowie okazało się, że ścieżka jest zamknięta z powodu remontu. Droga rowerowa zamieniła się w piasek. Przed nami kicały zające. Serio. Brakowało tam tylko gościa z siekierą. W tamtym momencie mapka była bezużyteczna. Musiałyśmy wspinać się po wiadukcie, aby dalej drogą po prawie 2 h dojechać do pracy, w międzyczasie pogubić się ze 100 razy.


PRACA


Praca na magazynie przy ubraniach H&M, sama w sobie nie była zła. Kiedy zostałam zatrudniona, w całej firmie pracowało zaledwie 40 Polaków. W kilka miesięcy ta liczba zwiększyła się do 300, 400 osób. Na początku potrzebowali rąk do pracy, więc nie zwalniali nikogo. Przez miesiąc sortowałam, przekładałam i pakowałam wcale nie lekkie kartony z ciuchami. Bywałam zmęczona. Tym bardziej po ciężkim dniu, gorzej było wsiąść na rower i przejechać wspomniane 10 km. Po pewnym czasie trafiłam na dział Troubleshooter. Dział od rozwiązywania problemów i inwentaryzacji. Z moim kiepskim angielskim jakoś dałam radę. Cieszyłam się, że zaczęłam tam pracować, ponieważ nie musiałam już dźwigać ciężkich kartonów. Do pracy raczej się nie malowałam. Jakoś wygląd Pameli nie pasował mi do wszechobecnego kurzu, żółtej kamizelki i ciężkich, niewygodnych stalkapów (buty robocze).


KOLEJNE DNI I MIESIĄCE


W bonusie, jakby mało było wrażeń, w pierwszym tygodniu pobytu zatkała się toaleta. Potem znowu. I jeszcze raz. Dodatkowo zlew. Wiecie, to jest taki moment, gdzie człowiek powinien usiąść i zacząć płakać, ale razem z Justyną nie miałyśmy już na to siły. Pozostały tylko ironiczne żarty i bezgraniczny śmiech. Dokładnie w styczniu przyszedł kolejny kryzys. Przez jakiś czas rower zamieniłam na samochód, ale po wprowadzeniu pracy zmianowej, nie mogłam dojeżdżać do niej razem ze znajomą. Była zima, więc był mróz. Pomimo zimna, musiałam wsiąść na rower. Jakoś przywykłam. Ciepłe ubrania zrobiły swoje. Jednak czasami zdarzyły się dni tak zimne, po których nie wiedziałam, jak się nazywam. Pamiętam, gdy pewnego razu wróciłam do mieszkania i tak jak stałam, czyli w we wszystkich ubraniach, ze łzami w oczach, weszłam od razu pod kołdrę. Na magazynie również zrobiło się lodowato. Styczeń bez dwóch zdań był moim najgorszym miesiącem.

Teraz trochę pozytywów.


LUDZIE


Mogę zaryzykować stwierdzenie, że w całym swoim życiu nie poznałam naraz tak wielu cudownych i fajnych osób. Nikt nie zwracał uwagi na to, jakie masz wady, jak wyglądałaś i co przynosiłaś w pojemniczku na obiad. Mogłeś być po prostu sobą. Gdybym miała wymienić wszystkich po imieniu, nie starczyłoby mi miejsca. Każdy z Was (może to czytacie :) ), wniósł wiele dobrego do mojego życia. Z całego pobytu w Holandii nawiązane znajomości wspominam najlepiej. Mnóstwo inspirujących rozmów, imprez i zwykłej normalności.


PIENIĄDZE


Pieniądze same w sobie nie są postrzegane przeze mnie jako coś pozytywnego. Jednak nie chce i z resztą nie mam zamiaru pisać, że nie były one dla mnie równie ważne. Były, biorąc pod uwagę to, że mój drugi wyjazd opierał się głównie na zarobieniu i odłożeniu konkretnej sumy. Może i w Holandii nie zarabia się tyle, co kiedyś, ale porównywalnie do niejednego dobrego stanowiska w Polsce. Oczywiście rzeczywistość osób, które mieszkają tam na stałe, jest już trochę inna. Więcej zarabiasz, ale i życie jest o wiele droższe. Czy w Polsce nie dałabym rady tyle zarobić? Może i bym dała, ale odłożyć już na pewno nie. A na pewno nie tyle i nie w tak krótkim czasie.

Czy było warto? Było. Gdybym miała decydować o wyjeździe raz jeszcze, podjęłabym taką samą decyzję.


Na własnej skórze przekonałam się, że mogę wiele. Wiele wytrzymać i zdziałać. To, co mnie blokowało, to głowa. A raczej krążące w niej myśli. Po przyjeździe do Holandii moja strefa komfortu została grubo przekroczona. Pomimo tego dałam radę. Teraz mam takie poczucie, że mogę wszystko. Trywialne, ale jakże prawdziwe. Człowiek po pewnym czasie potrafi się przyzwyczaić do istniejących warunków. I tak było w moim przypadku. Mieszkanie zostało wypucowane na błysk, a dojazd rowerem w dobrą pogodę był świetnym zamiennikiem mocnej kawy.


Dlatego też przestałam wymagać, a zaczęłam działać. Wystarczy dobry plan i konsekwencja w działaniu.


Jestem bardziej wdzięczna za to, co mam. Za rodzinę, za którą nie muszę tęsknić. Za znajomych. Za polski język słyszany w sklepie. Za czysty i ciepły dom. Piękny Gdańsk i dostęp do morza. Za możliwości, z których śmiało korzystam. Bardziej doceniam każdą daną mi minutę.


Biorę przykład z Holendrów i żyję wg filozofii slow life, czyli w swoim własnym tempie. Trochę pół żartem, pół serio. My, Polacy mamy coś takiego w mówieniu i gestach, że robimy wszystko szybko. Szybko pakujemy zakupy do siatki. Szybko jemy. Szybko pracujemy. Zapominamy o odpoczynku. Ja nie zapominam. Przynajmniej się staram.


Nie oceniam. Wcześniej też tego nie robiłam, ale teraz praktykuje to jeszcze mocniej i bardziej. Za każdym człowiekiem i jego zachowaniem stoi jakaś historia. Staram się o tym pamiętać zawsze, gdy pochopnie wysnuje wniosek na temat jakiejś osoby.


Pieniądze szczęście dają. Zawsze myślałam, że nie dają. Byłam hipokrytką. Dzięki nim spełniłam swoje mniejsze i większe marzenia. Dodatkowo pełne konto daje nam poczucie bezpieczeństwa. I dopóki nie staną się dla nas priorytetem, to w samym ich posiadaniu, nie ma nic złego. Wspomnienia nie mają dla mnie żadnej ceny, nawet jeśli muszę wydać na nie grubą kasę.

Jestem zdania, że to, w jakim miejscu znajdujemy się w tej chwili, zależne jest od naszych wcześniejszych wyborów i doświadczenia. Patrząc z perspektywy czasu, nie dokonałabym żadnej zmiany. Z tych wszystkich historii staram się wyciągać wnioski. Uczyć się na błędach i cieszyć się każdą daną mi chwilą.